Jak malowani

Lubię poznawać ludzi. Lubię z nimi rozmawiać. O rzeczach błahych, codziennych,
ale najbardziej o życiu, o ich przemyśleniach. Zawsze mnie to zachwycało i chyba
nie przestanie –  jak szary człowiek z ulicy w chwili pierwszej wymiany zdań, zaczyna nabierać kolorów.

Jeżdżąc komunikacją miejską, patrząc na moich współtowarzyszy podróży, czasem zdaję sobie sprawę z tego, że przecież Ci wszyscy ludzie – którzy są dla mnie obojętni, a ja dla nich – mają swoją historię. Historię pełną treści i zdarzeń – niezależnie od tego, czy ta osoba
tak uważa czy nie. Każdy z nich nosi swoją opowieść. Każdy jeden człowiek ma radości,
ma też trudności. Ma jakieś relacje z innymi ludźmi, przyjaciółmi, rodziną, itd.
Każdy się gdzieś spieszy, ale poza tym faktem, jest konkretne miejsce, konkretna osoba,
do której dąży. I tak naprawdę, są oni dla mnie tylko postaciami, z którymi cisnę się
w tłoku, których widzę i słyszę przez jakąś chwilę. Nie mają ze mną (przynajmniej
na pierwszy rzut oka) niczego wspólnego. Zaraz się miniemy i zapomnimy o sobie.
Są szarzy, są jak masa.

Przechodząc do sedna – chcę powiedzieć czym jest dla mnie zawieranie znajomości.
To jest coś tak wspaniałego! Człowiek, który jeszcze chwilę temu był mi obcy, nabiera barw. Wiem, jak ma na imię. Pewnie zaraz dowiem się, co robi w życiu – a to już coś zaczyna mi
o nim mówić. Od słowa do słowa, taka osoba staje się wyraźna i konkretna. Teraz już nie przejdę obok niej obojętnie na ulicy, bo w szarym tłumie ma dla mnie kolor. Staje się dla mnie na swój sposób ważna, znacząca. Jest włączona w moją historię, na krócej lub dłużej.

I jest czymś pięknym, to dostrzegać, a jeszcze piękniejszym doceniać. Bo to nadaje życiu sensu, smaku i KOLORU!

Reklamy

Co ma latawiec do istnienia?

Przeczytałam niedawno powieść Szczepana Twardocha „Drach”. Nie jest to książka, po którą sięgnęłabym sama siebie, gustuję w nieco innym typie literatury. Zatem, dlaczego znalazła się w moich rękach? Wszystko za sprawą fakultetu na studiach i zadania zaliczeniowego. Jedną z opcji było przeczytanie książki i odpowiedzenie na pytanie, które w poleceniu zadała nam prowadząca zajęcia. Wybrałam tę książkę, właściwie sama nie wiem czemu. Może zaciekawił mnie jej tytuł?

Bardzo lubię eseje. Dlatego, że zadany jest temat. A on zmusza mnie do myślenia, nad którym muszę się pochylić. Pobudza moje szare komórki do pracy w inny sposób, niż na co dzień. Tak było i tym razem.

Drach – to po Śląsku latawiec. Mogę zgadywać, że miało to być nawiązaniem do natury narratora powieści, która była ulotna i nieuchwytna. Tak, jak ulotna i nikła jest ta zabawka. Narrator, który jest wszechwiedzący, jest też ponad czasem i miejscem, choć w pewien sposób jest umiejscowiony. Jest obserwatorem dziejów wielu ludzi, wszyscy są z niego i do niego wracają. On jest od początku i do końca.

„I tylko ja pamiętam, że Anna-Marie Ochmann istniała, była i robiła to wszystko, co robicie, żyjąc, bo ja jestem tym, który widzi wyraźnie. Istniała więc po to tylko, aby do mnie wrócić.”

Przeczytałam to zdanie i po chwili dotarł do mnie fakt oczywisty, a jednocześnie dość niezwykły. Ja się kiedyś skończę. Zostanę zapomniana, tak po ludzku. Teraz jestem, jestem dla kogoś ważna. Pewne osoby zdają sobie sprawę z mojego istnienia, z mojej obecności. Dla jednych jestem istotna, dla innych zupełnie nie. A kiedyś tam, niezależnie od tego co zrobię, co osiągnę, jak długo będę żyła, nikt już nie będzie pamiętał, nikt nie będzie zdawał sobie z tego sprawy, że ja byłam.

To ciekawe, że żyjemy i mimo, że gdzieś z tyłu głowy zdajemy sobie sprawę ze swojej śmiertelności, to nie dopuszczamy do siebie tej myśli*. To takie abstrakcyjne, fakt, że teraz istniejemy, a za chwilę – dłuższą lub krótszą – nas nie będzie, materialnie. To, że jesteśmy tacy ulotni, nikli, krusi. Wydawać by się mogło, że to niemożliwe, że życie ziemskie jest wieczne. Szczególnie będąc młodym. A jednak tak nie jest.

Do czego prowadzi mnie ta refleksja? Właściwie trudno jest mi samej, odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno jest w tym coś zachwycającego i ciekawego. Patrząc powierzchownie, można by dojść do wniosku, że w takim razie życie człowieka jest bezsensu. Ale z drugiej strony, jakie to niesamowite, że istniało, istnieje tyle ludzi i historia każdej jednej osoby, kiedyś się zaczęła, miała wpływ na czyjeś istnienie. Jak to wszystko jest ogromne i niepojęte. Każda jednostka, każdy człowiek jest znaczący, jest ważny. Myślę, że przychodzące od czasu do czasu dosadne myśli na temat mojej skończoności, są swego rodzaju lekcją pokory, szacunku wobec ludzkiego istnienia, całego stworzenia. Czyż to nie jest piękne?

A może ten drach nie miał opisywać natury narratora, a naturę ludzką?

 

*I znowu psychologia ma tu coś do powiedzenia. Istnieje coś takiego, jak Teoria Opanowania Trwogi Greenberga, Salomona i Pyszczynskiego – polecam, ciekawa koncepcja. Oczywiście, można się z nią nie zgadzać. 🙂

Miesiące pełne emocji

Ostatnimi czasy, w obliczu wyzwania jakim stało się dla mnie pogodzenie życia codziennego i niemałego kryzysu, który w nim zagościł, musiałam zmierzyć się z dużą dawką emocji. Całą gamą emocji – od skrajnie negatywnych po skrajnie pozytywne.

Trudno jest w takich chwilach normalnie funkcjonować: w domu, na uczelni, wśród znajomych i przyjaciół. Ale! Bądźmy dorośli, przecież nie można dać się wyprowadzić z równowagi zwykłym uczuciom. Uczuciom, które towarzyszą nam na co dzień, które jedni przeżywają bardziej a inni mniej świadomie. Dlatego na początku próbowałam oddalić od siebie niechciane emocje – na drugi plan, na później, bo teraz toczy się życie. Teraz muszę sobie radzić, uczyć się, bo zaraz sesja, egzaminy.

Tak się złożyło, że w tym samym czasie mieliśmy na studiach przedmiot o nazwie Emocje i motywacje. Przypadek? Jest to trudny i dość złożony dział psychologii i wbrew romantycznym pozorom, rozgryzany głównie z biologicznej strony naszej natury. Bo jak się okazuje, emocje to w dużej mierze fizjologia. Niestety nie jestem wielkim zwolennikiem wiedzy teoretycznej i nie próbowałam na sobie wszystkich strategii radzenia sobie z emocjami, ale poruszane tematy dały mi do myślenia.

Nauczona doświadczeniem z przeszłości, wiedziałam, że odsuwanie od siebie emocji i uczuć, na dłuższą metę, nie prowadzi do niczego dobrego. Prowadzi donikąd, rozstraja i potęguje zranienia. Dlatego spróbowałam wyjść im naprzeciw. Dlaczego by nie pozwolić sobie na przeżycie ich od początku do końca? Bo nie mam na to czasu?
Nie miałam, ale podjęłam ryzyko.

Przegadałam ten temat sama ze sobą. Odrzuciłam mechanizmy obronne i pozwoliłam tym wszystkim emocjom i uczuciom do mnie przyjść. Zalał mnie smutek, żal, rozczarowanie, gniew, itd. Nie mogę nazwać tego przyjemnym. Nie było też tak, że raz usiadłam, poczułam/przeżyłam i po sprawie.  Stanęłam w prawdzie, zobaczyłam to wszystko co było dla mnie trudne i bolesne. I pozwoliłam sobie przeżyć każdą z tych emocji. Pozwoliłam sobie na płacz, na gniew wyrażany buntem i nadmierną aktywnością fizyczną (rozładowanie napięcia). Mówiłam o tym. Rozbrajałam te uczucia i emocje w sobie. Zadając sobie pytanie: Dlaczego tak czujesz? Odpowiedzi były oczywiste, ale formułując je wprost, nazywając je, nadawałam im kształt i stawały się określone. Przez co traciły na sile. Zaakceptowałam ten etap, zaakceptowałam te emocje i siebie z tymi emocjami.

To był trudny czas. Nadal jest. Jednak dzięki temu, że uczę się przeżywać go świadomie i pozwalam go sobie przeżywać, oswajam się z sytuacją w jakiej się znalazłam. I w ten sposób odwracam ją na swoją korzyść. Wychodzę z niej zwycięsko, bo przyjmuję tę lekcję świadomie. Staję się silniejsza i wydaje mi się, że też trochę mądrzejsza.

Przełamując strachy

 

Jeżeli nie spróbuję, to nie przekonam się czy pomysł, który chodzi mi po głowie już od jakiegoś czasu, ma sens. Podjęłam więc rękawicę, którą rzuciłam sobie sama i ruszam! Ruszam z pisaniem, nieco bardziej na serio.

Tytułem wstępu powiem, że chciałabym, żeby to miejsce ciekawiło, ale nie było w swoich treściach pretensjonalne. Poprzez przelewanie słów na kartkę papieru, na nowo – a może po raz pierwszy – odkrywać ich znaczenie. Zaczynam pisać z ciekawości, czy to co obserwuję, odczuwam i myślę, może wnieść coś nowego, albo zainicjować dialog.

A na imię mam Martyna.
Na co dzień studiuję psychologię. Mam wiele zainteresowań: lubię sport i sztukę, lubię podróże te dalekie i te całkiem bliskie, kocham naturę. Największą radość daje mi rozmowa, najlepiej przy kawie.
Lubię też wszystko robić sama i własnoręcznie.